To jest pytanie, które rodzice zadają rzadko, a warto — bo odpowiedź brzmi: zwykle tak, ale nie zawsze w takim stopniu, żeby na jego podstawie wyciągać wnioski o tempie wzrastania.
Bilans bywa wykonywany szybko, w kolejce, dziecko stoi w rajstopach albo z opaską we włosach, głowa jest ustawiona odrobinę inaczej niż poprzednio. Każda z tych rzeczy — podobnie jak pora dnia — przesuwa wynik, zwykle o kilka milimetrów, czasem więcej. Przy dużym przyroście między pomiarami taki błąd waży niewiele. Gdy jednak przyrost jest mały albo bliski wartości, przy których rozważa się dalszą diagnostykę, nawet niewielka różnica w technice może zmienić ocenę tempa wzrastania.
Około drugich urodzin zmienia się też sama metoda. Do tego wieku mierzy się długość ciała na leżąco, później wzrost na stojąco — a pomiar na leżąco wypada zwykle o niecały centymetr wyżej. Przy zestawianiu pomiarów sprzed i po drugich urodzinach może to wyglądać jak spowolnienie wzrastania, którego w rzeczywistości nie ma.
Co z tego wynika praktycznie: jeśli dzisiejszy wynik odbiega wyraźnie od poprzednich, sensowniej jest poprosić o powtórzenie pomiaru niż budować na nim wniosek. Nikogo to nie urazi — to normalna część oceny.
Kilka rzeczy pomaga, jeśli wiecie o nich wcześniej: zdjęte buty, ściągnięte spinki i opaski oraz rozpuszczone włosy, a u młodszych dzieci spokojna chwila przed pomiarem, bo dziecko wiercące się przy wzrostomierzu daje wynik zaniżony. Jeśli idziecie na wizytę specjalnie w sprawie wzrostu, warto też wybrać porę zbliżoną do poprzedniego pomiaru — w ciągu dnia dziecko bywa niższe niż rano.
Nie porównujcie bezpośrednio pojedynczego pomiaru przy framudze z pomiarem stadiometrem w gabinecie. To dwie różne metody i różnica między nimi nie oznacza, że któraś jest błędna. Jeśli wyniki wyraźnie się rozjeżdżają, najlepiej poprosić o ponowny, staranny pomiar w przychodni. Jak mierzyć w domu, żeby pomiar miał wartość orientacyjną, opisuję w przewodniku.